Św. Dominik Biografia, Święty Dominik Patron, Zakon Dominikanów, Dominikanie

Św Dominik Biografia

Św. Dominik był synem Feliksa de Guzman i Joanny d'Aza, potomków możnych rodzin hiszpańskich, znakomitszych jeszcze przez osobliwą pobożność, niż przez wysokie urodzenie. Ujrzał światło dzienne w Calaruega, w Kastylji, na zamku przodków Swoich roku 1170.

Św. Dominik Biografia - Święty Dominik Patron - Zakon Dominikanów - Dominikanie


ROZDZIAŁ I - PIERWSZE KROKIŚw. Dominik , Patron, Zakon Dominikanów, Dominikanie

Św. Dominik był synem Feliksa de Guzman i Joanny d'Aza, potomków możnych rodzin hiszpańskich, znakomitszych jeszcze przez osobliwą pobożność, niż przez wysokie urodzenie.
Ujrzał światło dzienne w Calaruega, w Kastylji, na zamku przodków Swoich roku 1170.
Jeszcze przed Jego urodzeniem Bóg, którego serce pełne jest najtkliwszej miłości dla Świętych Swoich, dał zrozumieć Joannie d'Aza przedziwne powołanie, mające przypaść w udziale Dziecięciu, którego oczekiwała. Ujrzała bowiem we śnie psa wychodzącego z jej łona i biegnącego z pochodnią w paszczęce, aby oświecać i zapalać świat cały.

W chwili zaś Chrztu, kiedy Dziecię otrzymało imię Dominika, chrzestna matka zobaczyła gwiazdę błyszczącą nad Jego czołem. Promienie jej pozostawiły istotnie na niem przez całe życie jasność nadprzyrodzoną. Były to proroctwa świetlane, otaczające kolebkę Św. Dominika łagodnym blaskiem jutrzenki, której południe rozbłyśnie na świat cały.

Kiedy miał lat siedem, Joanna d'Aza powierzyła wychowanie Syna Swego jednemu ze Swych braci, prepozytowi w Gumiel d'Izan. W cieniu więc świętych przybytków i pod kierunkiem roztropnego kapłana, kształcił się w cnocie Dominik. Pierwsze Jego kroki na tej drodze były krokami olbrzyma. Bóg objął w posiadanie serce Jego, które w rękach takiego Mistrza pozostało czystem, prostem, prawem, jak serce anioła. A jednak trzeba Mu było, jak i innym młodzieńcom Jego wieku i stanu opuścić dom rodzinny, gdzie spojrzenie matczyne jest ochroną od złego i pomocą w nieszczęściu. Mając lat 15 Dominik udał się na uniwersytet palencki, słynący wówczas w całej Hiszpanii ze znamienitych Mistrzów wykładających na nim boską i ludzką wiedzę. Studia Jego były świetne. Uradowany wyjątkową zdolnością a czując w sercu powołanie do kapłaństwa, pragnął ozdobić umysł wszelką wiedzą mogącą oświecić Jego wiarę. Gromadzi zatem, za pomocą modlitwy i nauki skarby światła i cnoty, które później zlewać będzie na dusze ludzkie. Modlitwa bez nauki jest budynkiem bez fundamentów, jak nauka bez pobożności jest dla duchownego bezowocnym tylko mozołem, połączenie obu - tworzy prawdziwego kapłana. Z tego okresu studjów uniwersyteckich, jedno tylko słowo Św. Dominika nas doszło, lecz jakże dobrze odsłania nam ono całą duszę Jego! Hiszpanję pustoszył wówczas głód straszliwy, nędza była przerażająca. Święty Młodzieniec sprzedaje Swe księgi, aby kupić chleba dla głodnych, a gdy się otoczenie Jego temu dziwi - powiada: "Czyż mogę pracować nad księgami ze skór martwych, gdy bracia moi z głodu umierają?"

Św Dominik Patron - Święty Dominik - Zakon Dominikanów - Dominikanie

ROZDZIAŁ II - OSMA

Wyświęcony na kapłana w 1195 r., Dominik zerwał więzy łączące Go ze światem, wstępując do Zgromadzenia Kanoników Regularnych przy katedrze osmiańskiej, założonego przez tamecznego biskupa Don Marcina de Bazan. "Ukazał się tam jako lampa gorejąca na świeczniku, zwierciadło żywota, wzór świętości. Pilnie oddający się rozmyślaniu, przepełniony miłością, pełen współczucia dla wszystkich, serce Jego i zmysły żyły jedynie dla Boga". Jako kanonik rozpoczyna życie modlitwy i pokuty, które wieść będzie aż do ostatniego tchnienia. Na pierwszy rzut oka Dominik zostawszy kanonikiem osmiańskim zdaje się oddala od drogi, wytkniętej dlań przez Boga. Bynajmniej nie jest to zboczeniem z drogi, lecz raczej opatrznościowem przygotowaniem. Służba Boża, której Kanonicy Regularni z powołania swego mieli podnieść wspaniałość, będzie w przyszłym Zakonie Kaznodziejskim jedną z głównych czynności jego członków. Wielki Założyciel, którym ręka Boska kieruje, wiedziony Duchem Bożym, napełnia się nieświadomie łaską, mając ją zlewać kiedyś na Swoich.

Podczas gdy uświęca Swą duszę, rozniecając w niej ogień miłości w klasztorze osmiańskim, wokoło cichego tego ustronia słyszeć się daje wycie wilków rzucających się na owczarnię Chrystusową. Na południu Francji zjawia się nowa sekta "reformująca," jak mówi, Kościół Rzymski, którego pozornie potępia nadużycia, oddając się w ukryciu najbezwstydniejszej rozpuście. Zwą tych heretyków Albigensami, gdyż miasto Albi jest nimi szczególnie zapowietrzone. Ci "dobrzy ludzie" ("bonshommes"), jak ich zwali naiwni współcześni, chodzili ubogo odziani głosząc pokutę, wyzucie się z dóbr ziemskich, które zagarniali dla siebie, pociągając pozorem surowości obyczajów tych, których gorszył zbytek i chciwość pewnego odłamu duchowieństwa. Zło zapuściło korzenie tak głęboko i stało się tak niebezpiecznem, że Papież Inocenty III, rządzący Kościołem z wielką mądrością, wysyłał legata za legatem, aby walczyć przeciw niemu. Pogłoski o tem dochodzą do Osmy a serce Dominika płonie zapałem do walki. Zbawiać dusze, pozyskiwać je dla Chrystusa! Radosne drżenie przejmuje Go na tę myśl! - Pies Pana, ten Pies symboliczny widziany przez Joannę d'Aza, rzuca się w murach Swego więzienia; wycie wilków pobudza Jego zapał; pilno Mu biec, szczekając w pościgu za nimi. Lecz furta klasztoru osmiańskiego zamknęła się za Dominikiem, któż Mu ją otworzy?....

Następca Marcina de Bazan, Dom Diégo d'Azévédo, pokochał serdecznie Sługę Bożego. Sam pełen zapału i pragnący dobra, dążył, jak Dominik do poświęcenia się zbawieniu bliźnych. I jego to wybrał Bóg, aby zawieść Dominika tam, dokąd Go wzywała Jego Przenajśw. Wola.

ROZDZIAŁ III - POCZĄTKI APOSTOLSTWA

Wielkie poruszenie na dworze kastylskim: Alfons VIII chce prosić o rękę córki króla duńskiego, dla swego syna szesnastoletniego Ferdynanda. Podróż jest długa, misja delikatna, związek upragniony gorąco. Król starań dokłada wszelkich, by poseł wyruszył z orszakiem godnym potęgi i bogactwa Hiszpanji. Jak dziwnie Opatrzność pozwala nieraz ludziom szamotać się wśród myśli ziemskich, posługując się niemi dla zbawienia świata! - Zaiste, nie rozchodzi się tu Panu Bogu o małżeństwo Księcia Kastylji! Jeśli ten projekt zaprząta Alfonsa VIII, jeśli politycy opierają na nim swoje rachuby, to na to jedynie, by otworzyć Dominikowi bramę Pyrenejów. Posłem wybranym jest Diégo d'Azévédo; nie wyruszy on bez swego wiernego przyjaciela. Obaj, z eskortą licznej świty przechodzą Pyreneje. Dominik znajduje się na polu walki, przeznaczonem dlań przez Opatrzność. Rozpoczynają wnet, zaledwie przybywszy. W samej Tuluzie widzi, że gospodarz, który Go przyjął w gościnę, jest heretykiem; zabiera się więc do nawrócenia jego i przemawia doń tak łagodnie i jasno, że człowiek ów rzuca Mu się do nóg wyrzekając się błędów swoich. Są to pierwociny Jego apostolstwa, zarodek Zakonu Kaznodziejskiego.

Obaj wysłańcy dokonali z powodzeniem swej misji na dworze duńskim. Wracając, po krótkiej pielgrzymce do grobu Apostołów w Rzymie, zatrzymali się w Montpellier. Dwunastu opatów z Zakonu Cystersów i kilku duchownych delegowanych przez Innocentego III radzili tam właśnie nad sposobem zwalczenia herezji Albigensów. Diégo d'Azévédo napełniony Duchem Bożym rzekł do nich: "Moi Ojcowie, jeśli chcecie nawrócić ku prawdzie te umysły zbłąkane, zacznijcie od dania im dobrego przykładu. Porzućmy zbytek orszaków naszych i pieszo, ubodzy, jak nasz Zbawiciel, głośmy prawdziwą naukę Ewangelji świętej". - I natychmiast święty biskup odsyła świtę swoją, inni robią toż samo i wszyscy zaczynają nauczać. Dominik był zachwycony - urzeczywistniało się bowiem najgorętsze pragnienie serca Jego. Przez dwa lata pracował pod kierunkiem Swego Biskupa nad nawróceniem Albigensów a gdy tenże, czując słabnące swe siły, powrócił do Osmy, Dominik nie zdołał już opuścić rozpoczętego dzieła. Obaj przyjaciele pożegnali się z sobą na tej ziemi francuskiej zroszonej ich potem i przeznaczonej na kolebkę Zakonu Kaznodziejskiego.

Św Dominik Patron - Święty Dominik - Zakon Dominikanów - Dominikanie

ROZDZIAŁ IV - UBÓSTWO

Pozostawszy sam wśród Albigensów Dominik śmiało ciągnął dalej nauczanie Swoje. Tak jak i Diégo d'Azévédo przekonanym był że dobrowolne ubóstwo jest najpotężniejszym środkiem nawrócenia tych zbłąkanych. Zarzutom, zbyt słusznym niestety, chciwości tak zaszczytów jak i dóbr doczesnych stawianym duchowieństwu przez heretyków, należało przeciwstawić wyrzeczenie się i bezinteresowność najzupełniejszą. Mąż Boży nie wahał się ani chwili, a widok tego potomka wielkiego rodu odzianego w szatę białą i czarny płaszcz z grubej wełny, przebiegającego boso okolicę, zaspakającego głód czemkolwiek, sypiającego na ziemi, bez dachu nad głową, odrzucającego grosz wszelki uważając za skarb swój największy Ewangeliję Św. Mateusza i Listy Św. Pawła, był tak wzruszający, że słowa Jego miały wpływ niesłychany. Skoro z wyrazem skupionym, a jednak pełnym radości, słodki i miły dla wszystkich, przebiegał wsie zapowietrzone herezją, zdawało się ludziom, iż przechodzi sam Chrystus Pan, Dobry Pasterz, idący, pełen miłosierdzia, na poszukiwanie zbłąkanej owieczki.

Ubóstwo przyczyniało Mu wiele przykrości. Ponieważ był pełen prostoty, ubogo odziany, bezbronny, zawsze cierpIiwy, heretycy drwili sobie z Niego: lżąc Go, plwając Nań i obrzucając błotem. Czasami, nadużywając cierpliwości Jego, zbliżali się doń z tyłu czepiając źdźbła słomy u Jego płaszcza. Mąż Boży pozwalał im na to, myśląc o Tym, który siedząc na złomie marmuru w pretorjum Piłata, był policzkowany i plwocinami okryty, dla zbawienia dusz i radował się w sercu swojem, że współdziała w ich zbawieniu tym samym sposobem.

Uroczysta dysputa miała mieć miejsce, pomiędzy Katolikami i Albigensami. Biskup tej diecezji przybywszy aby wziąć w niej udział, zamierzał udać się na nią z wielką paradą: we wspaniałych pojazdach, bogatym ubiorze i z nader liczną świtą. Św. Dominik był zgnębiony tym zamiarem: "Panie mój i Ojcze - rzekł z pokorą do Biskupa - nie tak działać należy przeciw dzieciom pychy. Pokora, cierpliwość, oto broń która pokona przeciwników prawdy, nie zaś przepych, wielkość i chwała świata tego. Uzbrójmy się modlitwą i boso z prawdziwą pokorą w sercu, wynijdźmy na przeciw Goliata". Biskup wzruszony temi prawdziwie apostolskiemi słowy, zdjął obuwie za przykladem św. Dominika a cała świta wraz z nim to samo uczyniła. Ponieważ nie znali drogi, poprosili jednego z miejscowych ludzi, aby ich poprowadził. Był to heretyk, który ze złośliwą radością wskazał im błędną drogę, prowadząc przez las ścieżką pełną cierni, od których bose nogi wnet się zakrwawiły. Św. Dominik pogodny jak zazwyczaj, nie mógł się powstrzymać, by nie okazać radosnego wzruszenia: "Odwagi! - zawołał do towarzyszów swoich - zwycięstwo będzie po naszej stronie, albowiem grzechy nasze zostały we krwi obmyte!" Złośliwy przewodnik wzruszony do głębi cierpliwością i słowy Męża Bożego, wyznał swą winę i nawrócił się na prawdziwą wiarę.

ROZDZIAŁ V - BOJOWANIE

Św. Dominik nie tylko przykładem nauczał, posiadał bowiem prócz tego naukę teologii, potrzebną jego powołaniu apostolskiemu. Gdy jako student w Palencji niezmordowanie, przykładał się do pracy, Bóg przygotowywał w nim kaznodzieję. Nieprzerażali Go heretycy, nawet najbardziej uczeni. Dysputował z nimi publicznie, zbijając ich błędy i zmuszając do milczenia, zwycięskimi dowodami swemi. Przywódcy Albigensów rozpowszechniali pisma, bardziej jeszcze zdradzieckie i przekonywujące, od słów, które gorszyły wiernych, popychając ich do buntu przeciw Kościołowi Rzymskiemu. Dominik począł więc pisać również, wykazując jasno i dokładnie prawdy wiary świętej. Księga Jego miała takie powodzenie, że tak Biskupi jak i wierni, wybrali ją spośród innych, jako najlepszy podręcznik dla dysput z heretykami. Bóg sam zatwierdził ją wielkim, i rozgłośnym cudem. Pewnego dnia po burzliwej a bezowocnej dyspucie z heretykami z Faugeaux, postanowiono uciec się do próby ogniowej. W obecności wszystkich, tak przyjaciół jak wrogów, księgi Dominika św. i jednego z Albigensów wrzucono w stos płonący. Księga Albigensa spłonęła natychmiast, zamieniając się w garść popiołu, podczas gdy dzieło św. Apostoła zostało odrzucone, daleko od ognia. Dwukrotnie jeszcze ciśnięto je na stos i dwukrotnie, jakby ożywione siłą nadprzyrodzoną wyskoczyło z płomieni nietknięte, ku zdumieniu obecnych. Było to publiczne, oficjalne zatwierdzenie kazań św. Dominika, pieczęć Boża położona na Jego pracy apostolskiej.

Wszędzie, gdzie tylko herezja brała górę, Dominik przybywał natychmiast, głosząc nieustannie słowo Boże, pouczając nieumiejętnych, umacniając chwiejnych, gotów przelać krew do ostatniej kropli, dla ich zbawienia. Jeden z Albigensów rzekł Mu kiedyś: "Nawróciłbym się chętnie na katolicyzm, ale dobrzy ludzie (les "bonshommes") dają mi utrzymanie i nie mogę żyć bez nich". Mąż Boży pełen wzruszenia którego opanować nie zdołał, postanowił zaprzedać się w niewolę, by zbawić tę duszę nieszczęsną, oddając jej cenę swej wolności.

Innym razem uszedł, całkiem nieświadomie, zasadzki zastawionej nań przez wrogów, chcących Go zgubić. Jeden z nich rzekł Mu: "Co byłbyś uczynił, gdybyś był przez nas schwytany?" - "Byłbym was prosił - odpowiedział święty - abyście mnie nie zabijali odrazu, lecz abyście uciąwszy mi kolejno wszystkie członki i ułożywszy takowe w kawałkach przedemną, w końcu wyłupili mi oczy, pozostawiając mnie nurzającego się we krwi". - Całe serce św. Dominika jest zawarte w tym bohaterskim okrzyku, przypominającym zapał wielkiego męczennika Ignacego, który tak gwałtownie pragnął być w proch startym i pożartym przez dzikie bestje, na chwałę Chrystusowi. Cierpienia których nie mogli Mu zadać bezbożnicy wstrzymani mocą Bożą, Dominik sam sobie zadawał najostrzejszą czyniąc pokutę, pewien, że słowa Jego, choćby najuczeńsze i najwymowniejsze, nie osiągną skutku, jeśli nie będą ożywione, krwią ofiarną. Uczeń nie pokusił się dokonać tego, czego Boski Mistrz nie dokonał bez cierpienia i śmierci. Dominik łączył się z bolesną Jego męką, krzyżując swe ciało i ofiarowując, sprawiedliwości najwyższej za nawrócenie grzeszników, krew płynącą pod razami dyscypliny.

Przy zbliżającym się okresie Wielkiego Postu, prosi on o gościnę u pewnych pań z wyższej sfery, skaptowanych przez Albigensów. Przyjmują Go, przygotowują Mu posłanie. "O nie, - rzecze - nam tego nie trzeba, mój towarzysz i ja będziemy spać na deskach". I przez cały Wielki Post, spoczywa zaledwie po parę godzin, nauczając we dnie, modląc się w nocy, żyjąc o chlebie i wodzie. Przykład taki nie pozostał bezowocnym i panie owe, zbudowane cnotą Świętego wyrzekły się swych błędów.

ROZDZIAŁ VI - RÓŻANIEC

W tym to właśnie okresie wielkich walk z Albigensami, św. Dominik otrzymał potężną pomoc z nieba. Pomimo usiłowań legatów Inocentego III, pomimo kazań, cnót i cudów działanych przez wielkiego Apostoła, heretycy choć zachwiani, choć pobici z jednej strony, jednak podtrzymywani przez hrabiego Tuluzy, wzmacniali się wciąż na nowo i dalej zagrażaIi katolikom. Mąż Boży uskarżał się na to boleśnie w sercu swem Tej, którą każdy chrześcijanin pozdrawia, słodkiem imieniem Matki. Miał on bowiem iście dziecięce, nabożeństwo do Najśw. Dziewicy i jak dziecię miłujące powierzał Jej swoje radości i smutki.

I ta Najlepsza Matka, dała się wzruszyć skargą sługi swego. Ukazała Mu się i nauczyła sposobu kaznodziejstwa nieznanego podówczas, a który, tak zapewniła, miał być na przyszłość bronią najgroźniejszą przeciw błędom i przeciwnościom wszelkim. Broń, na pierwszy rzut oka tak mało znacząca, że uśmiech wywołuje na usta niedowiarków, gdyż nie pojmują oni tajemnic bożych. Bronią tą jest różaniec. Królowa niebios raczyła sama nauczyć św. Dominika odmawiania różańca. I odtąd, Mąż Boży przebiegał wsie heretyckie, zwoływał lud, odmawiał dziesiątki "Zdrowaś Marja," zatrzymując się przy każdej z nich, by objaśnić, jedną z tajemnic wiary. To co słowa Jego nie zdołały zdziałać - działały zdrowaśki, wnikając słodko do serc ludzkich. Ten rodzaj kaznodziejstwa przyniósł obfite owoce. Z ust św. Dominika różaniec Marji, przeszedł w usta synów Jego. Oni to zanieśli go na wszystkie świata strony i niema w Kościele katolickim duszy prawdziwie pobożnej, któraby nie przesuwała z radością paciorków różańcowych.

Różaniec pojawiał się w odpowiedniej chwili. Wokoło Apostoła pokoju szczęk oręża słyszeć się daje. Albigensi oporni wszelkiemu poświęceniu, głusi na wołanie Inocentego III, wyjęci są ze społeczności chrześcijańskiej i ogłoszeni za wrogów ludzkości. W owych czasach bowiem, Ewangelja św. uznana jednogłośnie przez wszystkie ludy, za podstawą ładu społecznego, uważaną była za prawo międzynarodowe. Ktokolwiek buntował się przeciw Wierze, stawał się tem samem burzycielem społecznego porządku, rewolucjonistą niebezbiecznym, traktowanym za wroga tak przez Państwo, jak i przez Kościół. Inocenty IlI w porozumieniu z Panami Chrześcijańskimi ogłosił wyprawę krzyżową przeciw Albigensom i hrabiemu Tuluzy ich opiekunowi. Zastępy walczących potrzebowały blogosławieństwa Bożego; nic bardziej nie mogło im go zjednać nad różaniec. To też zwycięstwo pod Muret uważane jest słusznie za najpierwszy owoc różańca. Podczas gdy Szymon z Monfortu na czele krzyżowców, bije się z przywódcami Albigensów: Hrabią Tuluzy i królem aragońskim, św. Dominik zanosi w kościele gorące błagania o pomoc Matki Najśw. Heretycy zostają zwyciężeni, król aragoński zabity, hrabia Tuluzy zmuszony do ucieczki, a wreszcie wygnany z państwa swego. Jest to całkowite zwycięstwo wiary nad błędem.

Św Dominik Patron - Święty Dominik - Zakon Dominikanów - Dominikanie

ROZDZIAŁ VII - CHWAŁA I POKORA

Jeżeli działalność św. Dominika wśród Albigensów pobudza nienawiść heretyków, to podziwem napełnia obrońców wiary świętej. Jego wymowa ich zachwyca, cnota buduje, życzliwość zniewala. Albowiem Mąż Boży posiadał tę czułość serca, która pociąga dusze i pobudza do najrzewniejszej przyjaźni. Szymon z Monfortu przywiązuje się gorąco, do pokornego kaznodziei i chce by ochrzcił jedną z córeczek jego. Obok tego rycerza widzimy Fulkona, Biskupa Tuluzy, dającego Mu na każdym kroku, dowody pełnego miłości poświęcenia. Ofiarują Mu kolejno trzy biskupstwa: Béziers, Conserans i Comminges. Dominik odmawia, gdyż nie po zaszczyty i godności przybył do Albigensów, lecz po upokorzenia i wzgardę. Jeśli wielcy tego świata, okazują Mu cześć głęboką, jeśli lud Go uwielbia, Święty ucieka w te okolice, w których heretycy miotają obelgi przeciw niemu, jak w Carcassonne, gdzie szczególnie lubił przebywać, pewien, że tam zaspokoi swe pragnienia wzgardy. Choć sam Bóg wywyższa Go przez liczne cuda, objawiające wzniosły stopień świętości Dominika, nic nie może zaćmić pokory Jego. Opat klasztoru w Castres zaprasza Go na obiad. Czekając godziny posiłku św. Dominika, zachodzi do kościoła i oto, podczas modlitwy, ciało Jego, idąc za wzlotem duszy ku Bogu, podnosi się nad ziemię w radości zachwycenia. Kleryk szukający Go wszędzie - gdyż godzina obiadowa minęła - odnajduje Go tak, w powietrzu, między niebem, a ziemią i powiada Mu: "Panie, obiad już skończony" - Mąż Boży, przyszedłszy do siebie, rumieni się, widząc, że zaskoczono Go na modlitwie w zachwyceniu i błaga, by nikomu o tem nie powiadał.

ROZDZIAŁ VIII - ZAŁOŻENIE ZAKONU

Od lat dziesięciu św. Dominik głosił Ewangelję, w południowej Francji, nie szczędząc trudu ani krwi, by dusze zabłąkane do Boga nawracać. Pośród swych apostolskich podróży, powziął nagle pewien plan wielkiej doniosłości. Spoglądając wokoło siebie widział ze smutkiem, że kaznodziejstwo apostolskie już nie istnieje. Biskupi, zajęci sprawami swych diecezyj oraz państwa, nie mieli czasu na głoszenie kazań. Mnisi benedyktyńscy i inni uważali za swą powinność śpiewania, chwały Bożej i staranie o ubogich, nie zaś kaznodziejstwo i Mąż Boży słusznie uważał, że, jeśli herezja się rozwija w sposób groźny dla całego Kościoła, przyczyna tego rozwoju leży w ciemności tłumów. Podczas długich lat apostolstwa, plan założenia nowego Zakonu, dojrzewał powoli w ciszy i skupieniu, w umyśle św. Dominika, Zakonu, któryby, jak on sam przebiegał świat, głosząc prawdy wiary św. Długo się wahał i modlił, prosząc, by Bóg, pobłogosławił tę myśl Jego, gdyż Bóg sam jedynie mógł ją urzeczywistnić. I godzina nadeszła. Dominik ma lat 45 (1215) jest w pełni sił dojrzałego wieku, doświadczył już wszystkiego. Jest mistrzem w nauce, zna wspaniałość służby Bożej, pokochał ubóstwo, czyni heroiczną pokutę, kaznodziejstwo jest życiem Jego codziennem. Plan, który powziął jest szeroki i ofiarny. Chce wychować apostołów - nie mówców - i marzy o Zakonie, w którymby życie mnisze w ścisłem połączeniu z życiem apostolskiem, wspomagało się wzajemnie, jedno przez modlitwę i pokutę, drugie przez głoszenie słowa Bożego, w pracy nad zbawieniem dusz. Była to, prawdę mówiąc, myśl nader śmiała, godna rozumu i serca wielkiego Apostoła. Zwierzył on ją kilku świątobliwym mężom, którzy się doń przyłączyli, by wspólnie głosić Albigensom słowo Boże i Fulkonowi, Biskupowi Tuluzy, najlepszemu przyjacielowi swemu. Postanowiono jednozgodnie, że Mąż Boży uda się do Rzymu, prosić o aprobatę Ojca Świętego.

Chwila nie była stosowna. Ostatni Sobór Laterański zabronił by zakładać nowych Zakonów, to też odpowiedź Inocentego III brzmiała odmownie. Następnej nocy Papież ujrzał we śnie Bazylikę Laterańską, matkę i panią wszystkich kościołów, zachwianą w posadach swoich i grożącą zawaleniem a podczas gdy, przerażony, spoglądał rychło-li runie, ujrzał św. Dominika podtrzymującego ją ramionami swemi. Inocenty III podjął naukę zawartą w tem widzeniu, przywołał Męża Bożego, zatwierdził Jego projekt i rozkazał Mu powrócić do Tuluzy, aby wybrać wraz z towarzyszami swemi jedną z reguł zakonnych, już aprobowanych przez Kościół. Z radością w sercu Dominik pospiesza do swoich. Reguła św. Augustyna, została uznana za najodpowiedniejszą do zawarcia w swych ramach konstytucji rodzącego się nowego Zakonu. Zabrano się do dzieła. Zawdzięczjąc to przyjaźni Biskupa Fulkona, wybudowano przy kościele św. Romana z Tuluzy, klasztor na pomieszczenie braci. Było ich szesnastu. Za przykładem i na prośbe Ojca swego, rozpoczęli oni życie zakonne, od wyrzeczenia się wszelkiego posiadania rzeczy doczesnych, postanawiając żyć z jałmużny, w najściślejszym ubóstwie.

ROZDZIAŁ IX - ZATWIERDZENIE ZAKONU

W roku 1216, Dominik pozostawiając synów swoich opiece Bożej, ponownie udaje się do Rzymu, by przedstawić Inocentemu III, konstytucje swego Zakonu. Lecz trafia właśnie na zgon tego Papieża. Była to wielka przeciwność, lecz Święci, nie pracując dla siebie, widzą we wszystkiem Wolę Bożą i idą za tą Najświętszą Wolą. Bóg zresztą wnet uspokoił obawy sługi swego. Zanim tenże bowiem przedstawił prośbę swoją Honorjuszowi III, następcy Inocentego, miał widzenie, w którem ujrzał zagniewane Oblicze Syna Bożego, gotowego spiorunować świat. Matka Jego Najśw. rzuciła Mu się do nóg i obejmując je błagała, by oszczędził dusze, za które tyle wycierpiał: "Mam - rzekła doń - dwóch wiernych sług, których poślesz opowiadać naukę Twoją" - i przedstawiła Boskiemu Synowi Swemu, dwóch mężów: w jednym z nich Dominik poznał siebie samego, drugi zaś był Mu nieznany. Nazajutrz, gdy Święty modlił się w Bazylice św. Piotra, ujrzał ubogiego, w nędznem odzieniu, boso i sznurem przepasanego; był to ów nieznajomy z widzenia: Dominik podbiegł doń i przycisnął do serca mówiąc: "Ty będziesz mi towarzyszem, bieżąc przy moim boku! Trzymajmy się razem, a nikt nas nie przemoże". Ubogim tym był Franciszek z Asyżu, seraficzny miłośnik Krzyża Chrystusowego.

Pocieszony i uspokojony tem widzeniem, Dominik udał się do Honorjusza III, przedstawił swą prośbę i otrzymał zatwierdzenie swego Zakonu. Papież uczuł się pociągniętym, jak wszyscy zbliżający się do św. Dominika, urokiem jaki tenże roztaczał i słodyczą Jego obejścia. Będzie Mu odtąd opiekunem najlepszym i przyjacielem pełnym poświęcenia. On to pierwszy nadaje Zakonowi, Jego nowe oficjalne miano kaznodziejskiego. Bóg chciał również zatwierdzić bezpośrednio, założenie tego apostolskiego Zakonu. Pewnego dnia, gdy św. Patrjarcha, modlił się w Bazylice św. Piotra, wpadł w zachwycenie i ujrzał przed sobą Świętych: Piotra i Pawła, wodzów apostołów; Piotr podał mu laskę, Paweł księgę, a obaj rzekli: "Idź i każ! Wybranyś od Boga na to posłannictwo!" I przed oczyma Dominika przesunął się świat cały i ujrzał synów swoich, rozproszonych wśród narodów, idących, głosząc słowo Boże. Zakon Jego był założony.

ROZDZIAŁ X - ROZESŁANIE BRACI

Umocniony błogosławieństwem Zastępcy Chrystusa Pana, Dominik przebył Alpy spowrotem. Zaledwie połączył się ze swoimi w Tuluzie, oświadczył im, że nadeszła godzina rozstania i rozejścia się po świecie. Była ich tylko garstka - szesnastu zaledwie! Jednak Siewca Boży bez wahania cisnął tą garstką w cztery świata strony. Trzeba było na to zuchwalstwa świętości! Cóż się stanie z nimi zdala od Ojca i przyjaciół, co poczną ci ludzie nieznani nikomu, przyodziani w habit zakonny Kanoników osmiańskich, który Dominik narazie zachował, a który składał się z szaty białej i czarnego płaszcza, do którego to habitu oczy ludzkie jeszcze nie przywykły; co poczną: ubodzy, bezbronni, liczący jedynie na miłosierdzie społeczeństwa? Przyjaciele Świętego Założyciela lękali się bardzo, zwąc nieroztropnością to przedwczesne rozproszenie. Sądzili po ludzku - Dominik po bożemu. Nic Go nie powstrzymywało. "Panowie i Ojcowie moi - rzekł do Szymona z Montfortu i Biskupa Fulkona - nie sprzeciwiajcie mi się, gdyż wiem dobrze co czynię. Kiedy ziarno pozostaje nagromadzone - gnije; skoro zaś rzucić je w ziemię, wydaje obfite żniwo". I obejmując wzrokiem ziemię całą, wielki ten Mąż dzieli ją między synów swoich, jak zdobycz wojenną. Za całe bogactwo daje im błogosławieństwo swoje: "Idźcie - mówi im - pieszo, bez grosza i bez troski o jutro, żebrząc o kawałek chleba; przyrzekam wam, że mimo niepokoju, jaki wam sprawi ubóstwo, tego co konieczne - nigdy wam nie zabraknie". I ufni w słowo Ojca swego wyruszają ci dzielni ludzie sercem radosnem, na wzór Apostołów. Owoce ich pracy były nadzwyczajne. W kilka lat ta garstka ziarna przyniosła plon przeobfity. Bracia Kaznodzieje mnożyli się cudem, zadziwiając i budując Kościół cały swą wymową, nauką i cnotą. Zaledwie źródło Zakonu Kaznodziejskiego, długo wstrzymywane, wytrysło z serca Dominika, wnet przemieniło się w rzekę olbrzymią.

ROZDZIAŁ XI - ZAKON KAZNODZIEJSKI

I oto Zakon Kaznodziejski już założony, a św. Dominik jest pierwszym Generałem Jego. Pod Jego władzą każdy konwent ma swego Przeora, lecz wkrótce wielka liczba klasztorów wywołuje konieczność utworzenia prowincyj. Konwenty położone w pewnym określonym obszarze podlegają Prowincjałowi. Zakres działalności tych różnych władz określają Konstytucje, kolejno ogłoszone, które utrzymały jedność w rządach, mimo pozostawionej wolności, potrzebnej do rozwoju poszczególnych prowincyj. Każdy konwent złożony jest: z sali rekreacyjnej i kościoła. Na piętrze są cele: cztery ściany bielone wapnem, ozdobione świętemi obrazami, łóżko więcej niż skromne, często składające się tylko z deski i stolik do pracy. Cela, to miejsce święte: zakonnik uświęca się w niej nauką, modlitwą i pokutą. Milczenie jest nieustanne: prócz kilku chwil rekreacji, by umysł mógł odpocząć gdyż kaznodzieja musi się uczyć. Jeśli chce drugim podawać prawdy Wiary św., być nauczycielen nieumiejętnych, trzeba mu znać wszelkie arkana wiedzy i tajemnice Wiary; trzeba, by umiał objaśnić każdego, czemu wierzy i zwalczać błędy wszelkie. Pismo św., filozofja, teologja, wszystkie gałęzie nauki wchodzą w zakres jego, gdyż wszystkie dążyć mają do wychwalania Boga i oświecania umysłów. Hasłem Zakonu jest "Veritas"! - "Prawda"! Prawdę znać winien każdy kaznodzieja, znać miłość szerzyć dookoła siebie: to jego cel jedyny, jego racja bytu, myśl główna Świętego Założyciela Zakonu jego.

Kaznodzieja czyni pokutę, Jest to konieczny wynik jego apostolskiego powołania, gdyż kaznodziejstwo jego bierze z cierpienia owocność swoją. Jeżeli pości często, jeżeli zachowuje wstrzemięźliwość nieustanną, jeśli sypia na twardem łożu, jeśli wstaje w nocy, jeśli znosi przykrości i braki ubóstwa, upokorzenia, przeciwności, więzy posłuszeństwa, próby przeróżne, - to nato, aby uświęcić słowa swoje, aby je przesycić niejako Krwią Chrystusową i mocą tej Krwi Najśw. uczynić z nich słowa prawdziwie apostolskie.

Kaznodzieja modli się. Pomimo swych studjów i kazań nieustannych, musi znaleźć czas we dnie i w nocy, by odmawiać lub śpiewać oficjum na chwałę Bożą. Jest to jednem z jego zadań glównych. Praca naukowa bez modlitwy pełnej miłości, byłaby bezskuteczną. "Mistrzu - rzekł raz do św. Dominika pewien kleryk zachwycony Jego nauką - z jakich ksiąg czerpałeś Twą wiedzę?" - "Synu - odparł apostoł - czerpałem ją zwłaszcza z księgi miłości, gdyż z niej to można się wszystkiego nauczyć".

Takim jest w głównych swych zarysach Zakon św. Dominika, cudowne połączenie życia zakonnego i apostolskiego. Święty Założyciel przedstawia nam w osobie swojej najidealniejsze Jego urzeczywistnienie. Łagodny i wyrozumiały dla drugich, zachowywał dla siebie najściślejszą surowość w poście i wstrzemięźliwości. Ubóstwo Jego było niezmierne. Nosił odzienie najpospolitsze, zadawalniając się jedną tylko suknią zimą, jak i latem. Nigdy, ani w konwencie, ani w podróży nie używał łóżka; goła ziemia, ławka, tapczan, garść słomy, - wystarczały Mu zupełnie. Sypiał mało, rzadko przed godziną Jutrzni i nie kładł się już po jej ukończeniu. Chodził w kościele od jednego ołtarza do drugiego, modląc się: to klęcząco, z rękoma na krzyż lub wyciągniętemi nad głową w kształcie strzały, to pochylony lub rozciągnięty na ziemi. Co noc biczował się trzykrotnie aż do krwi dyscypliną, albo łańcuchem żelaznym. Kiedy sen obciążył Jego powieki, kładł się na płytach kamiennych, opierając głowę o stopnie ołtarza. Rozmyślał w tak głębokiem skupieniu, że nic nie mogło Mu przeszkodzić. Pewnej nocy, gdy klęczał przed ołtarzem, szatan cisnął nań kamieniem olbrzymim, który przeleciał tak blisko głowy, że musnął o kaptur. Święty pozostał jednak nieruchomy, ciągnąc dalej modlitwę swoją. Innym razem, zły duch, przybrawszy postać małpy, chciał Mu przeszkodzić w pobożnem czytaniu, straszliwie się wykrzywiając. Było to nocą, św. Dominik czytał przy świetle kaganka. Spojrzał więc na szatana z pogardą i zmusił go, by trzymał kaganek podczas Jego modlitwy.

Pomimo ostrości pokuty i nieustannego skupienia, Mąż Boży był zawsze pełen radości i życzliwości dla bliźnych. Jeśli Braciom brakło chleba, lub gdy w innej jakiej znajdowali się potrzebie, zachęcał ich zawsze do radości. W chórze, podczas oficjum, chodził od jednej stalli do drugiej, rozpromieniony radością, pobudzając ich głosem i ruchem do śpiewania z weselem. Dominikanin zachował tę cechę radości synowskiej w swoich stosunkach z Bogiem i duszami, gdyż św. Dominik głęboko ją wpoił w swój Zakon. Dusza Jego ani władze jej nie są bynajmiej uciśnione: wszystko, co posiada dobrego w umyśle i sercu swojemu oddaje Bogu, nie uważając nigdy, że już dostatecznie to dobro rozwinął dla chwały Bożej. Reguła zakonna nie jest dlań wcale niewolą, w której mu ciasno, lecz domowem ogniskiem, boskim domem rodzinnym, w którym znajduje Braci, których winien miłować i mistrzów mających nim kierować, nie zaś umniejszać go.

Św Dominik Patron - Święty Dominik - Zakon Dominikanów - Dominikanie

ROZDZIAŁ XII - W PODRÓŻY

Podczas gdy dzieci Jego rozpraszają się po świecie, Dominik wyrusza po raz trzeci do Rzymu, aby założyć swój Zakon tuż przy Stolicy Piotrowej. Miejsce to, bowiem, należy Mu się. Spójrzmy przez chwilę na Świętego podróżnika. Jest to rok 1216. Dominik ma 46 lat, średniego wzrostu, wysmukły i zwinny, o pięknem rumianem obliczu. Broda i włosy Jego są nieco rudawe. Na czole spomiędzy brwi tryskają Mu jakby promienie świetlane. Ręce ma długie i wytworne, głos silny i dźwięczny. Posiada jeszcze wszystkie włosy i zakonna "korona" Jego przetkana tu i ówdzie siwizną, tworzy wokoło głowy jakby złotą aureolę. Takim Go widziała i opisała S. Cecylja, jedna z pierwszych Jego córek duchownych. Wybitną cechą oblicza Jego jest radość, ta spokojna, słodka i uśmiechnięta pogoda dusz czystych. Zawsze jednakiego usposobienia, znosi cierpliwie obelgi od ludzi, upał, zimno i słotę, niewygody ubóstwa, trudy podróży. Serce Jego wzrusza się tylko niedolą bliźnich, cierpienia ich i grzechy łzy Mu wyciskają. Nie podróżuje sam: Bracia Mu towarzyszą. W drodze jak i w konwencie zachowuje regułę, milcząc w czasie oznaczonym, odmawia oficjum, odprawia czytanie duchowne. Tłomoczek Jego jest lekki: Zawiera on Ewangelję św. Mateusza, Listy św. Pawła i trochę odzienia - oto wszystko. Święty niesie go na plecach. Kiedy niekiedy przemawia do swych towarzyszy, ale zawsze o Bogu. Jeżeli zatrzymuje się w jakim domu, rozmowa Jego jest zbudowaniem: nie umie zbliżać się do dusz bliźnich nie czyniąc im dobrze. Nieraz, widząc jaką wioskę zdaleka rozpływa się we łzach, myśląc o słabości ludzkiej natury.

"Panie! - woła - w dobroci Twojej nie patrz na grzechy moje i nie wywieraj gniewu Twego nad tym ludem, do którego zdążam. Nie karz go, niszcząc jego siedzibę dla złości moich". Idzie zawsze boso, obuwając się tylko u wejścia do miast lub wiosek, a pragnienie zaspakaja u źródła, pijąc zaś, czyni zadość jedynie koniecznej potrzebie. Niema nigdy pieniędzy i jeśli Go nie przyjmują w gościnę, żebrze chleba od domu do domu. Raz, wieśniak pewien daje Mu cały bochenek. Dominik dziękuje mu zań na kolanach. Twardy dla siebie, znosi cierpliwie wszelkie braki, lecz dla swoich rozmnaża cudownie chleb i wino, by siły ich pokrzepić; zatrzymuje deszcz albo idzie suchą nogą wśród największej ulewy. Gdziekolwiek przybywa, najpierw udaje się do kościoła, gdyż płonie najżarliwszą miłością Przenajśw. Sakramentu.

Tak podróżuje Mąż Boży. Po raz trzeci przebywa Alpy, a ktoby Go spotkał tak pokornego i ubogiego z kijem w ręku i tłomokiem na plecach, nie byłby nigdy przypuścił, że spotkał Założyciela Kaznodziejskiego Zakonu.

ROZDZIAŁ XIII - KLASZTOR ŚW. SYKSTUSA

W Rzymie, u Papieża Honorjusza III doznał św. Dominik najlepszego przyjęcia. Otrzymał jako tymczasowe przystanowisko klasztor św. Sykstusa na drodze Apijskiej, w którym po upływie trzech czy czterech miesięcy, zgromadził ponad stu zakonników, tak owocnem było działanie słowa Jego! Na rozkaz Papieża, który stworzył dlań urząd Magistra Świętego Pałacu, rozpoczął apostołowanie w Wiecznem Mieście. Bóg odznaczył Go natychmiast wielkim cudem. Gdy raz głosił kazanie u św. Marka, jakaś biedna niewiasta spragniona słowa Bożego, przybyła Go posłuchać bodaj chwilę, pozostawiając w domu chore dziecko. Skoro powróciła, dziecko nie żyło. Zgnębiona, bierze martwe ciałko swej dzieciny i niesie do klasztoru św. Sykstusa. Zastaje Dominika z kilku braćmi u drzwi kapitularza i rzuca Mu się do kolan z krzykiem: "Mężu Boży, oddaj mi syna mego!" Święty pełen współczucia, wznosi oczy do nieba modląc się do Boga w swem sercu, czyni znak krzyża nad dziecięciem ujmując je za rękę i dziecię ożywia w objęciu matczynem. Honorjusz III, gdy mu doniesiono o cudzie tak znamienitym, chciał kazać go ogłosić po wszystkich kościołach, lecz św. Dominik zagroził, że umknie za morza, jeśli to ogłoszenie będzie miało miejsce. Nie mógł jednakże powściągnąć zapału ludności i gdy się ukazał na ulicy, padano do stóp Jego, ucinając na relikwje kawałki Jego odzienia. W tymże samym konwencie, podczas robót nad odrestaurowaniem jego, pewien robotnik został przygnieciony w krypcie walącem się sklepieniem. Nadbiegli wnet Bracia, lecz wydobyli spod gruzów już tylko martwe zwłoki. Przygnębienie ogarnia wszystkich. Lecz zbliża się Mąż Boży i rozkazuja zmarłemu, aby do życia powrócił i tenże wnet powstaje, bez śladu ran jakichkolwiek.

Bracia żyli w klasztorze św. Sykstusa w wielkiem ubóstwie. Pewnego dnia, po bezowocnej kweście, nie było nic na obiad, brakło nawet chleba, a tu św. Ojciec każe dać znak na udanie się do refektarza. "I po cóż, pytali Bracia, kiedy nie mamy co jeść!" Lecz Dominik rzecze im: "Pan nakarmi Sługi Swoje". Nakrywają więc do obiadu, św. Dominik pobłogosławił stół i wszyscy zajmują swe miejsca, a Brat Henryk z Rzymu rozpoczyna czytanie. Mąż Boży złożywszy ręce, modli się żarliwie i w tej samej chwili zjawiają się dwaj młodzieńcy, niosąc zawinięte w obrus cudownie białe chleby. Zbliżają się do stołu i każdemu z Braci dają cały bochenek, zaczynając od siedzących na dwóch końcach. Doszedłszy do św. Dominika, dają Mu chleba i skłoniwszy się przed Nim - znikają. Wówczas św. Ojciec rzecze do Braci: "Pożywajcie, synowie moi chleb, który Pan nam przysyła". Każe następnie przynieść wina - lecz Bracia usługujący odpowiadają, mówiąc: "Ojcze, wina też brakło" "Idźcie do baryłki - rzecze Święty - i przynieście wina, którem Pan ją napełnił". - Poszli więc i znaleźli baryłkę pełną po brzegi i Bracia mogli napić się dowoli.

ROZDZIAŁ XIV - PIERWSZE CÓRY ŚWIĘTEGO OJCA DOMINIKA

Podczas tego pobytu w Rzymie, Honorjusz III podarował św. Założycielowi swój pałac na Awentynie, położony nieopodal kościoła św. Sabiny. Tam więc przenieśli się Bracia, aby pozostawić klasztor św. Sykstusa zakonnicom, które św. Dominik miał polecone w nim zebrać. Te zakonnice żyły sobie wszędzie potrochu w wielkiem rozluźnieniu i nie bez trudności zdołał św. Patrjarcha nakłonić je do życia prawdziwie zakonnego. Nadał im regułę swego Zakonu tak, jak i pierwszemu konwentowi niewiast, który założył w Prouille, w samem sednie herezji Albigensów. Bracia przebiegają świat, by głosić Ewangelję i nawracać grzeszników; Siostry poza kratami swego klasztoru cierpią i modlą się, aby uprosić błogosławieństwo dla ich pracy apostolskiej. Tak Bracia jak i Siostry, ożywieni tym samym duchem, współpracują w jednym celu, którym jest zbawienie dusz. Dominik kochał gorąco swe córy duchowne. Ileż to razy przebywał przestrzeń dzielącą św. Sabinę od św. Sykstusa, by je pouczać o ich obowiązkach, pocieszać je w smutkach, wzmacniać w utrapieniach! Jednego dnia po długiej konferencji u kraty, rzekł im: "Byłoby dobrze, dzieci moje, napić się trochę wina". Brat Rogier, szafarz, przyniósł pełną czarę. Mąż Boży pobłogosławił ją i najpierw Bracia, w liczbie trzydziestu, piją z niej dowoli, bez umniejszenia ilości napoju. Potem Dominik woła S. Nubię i rzecze jej: "Idź do koła, weź czarę i daj pić wszystkim Siostrom". S. Nubia wzięła czarę pełną po brzegi. Przeorysza napiła się pierwsza, potem wszystkie Siostry. Było ich sto cztery a św. Ojciec powtarzał: "Pijcie, dzieci moje, pijcie dowoli!" I gdy już wszystkie zaspokoiły pragnienie, czara jeszcze była pełna...

Tegoż wieczoru św. Dominik rzekł nagle: "Córki moje, Pan chce, bym poszedł do św. Sabiny, synów mych pocieszyć". Przeorysza, Siostry i Bracia chcieli Go zatrzymać: "Święty Ojcze - mówili - już późno, lepiej tu pozostać". Lecz Święty nie przychylił się do życzenia: "Pan chce, bym odszedł - powtarzał przyśle mi swego anioła". I biorąc ze sobą Br. Tankreda i Br. Odona, wyruszył w drogę. A oto zaledwie wyszli, ujrzeli przed bramą młodziana wielkiej piękności, trzymającego kij w ręce; młodzieniec ten zaczął iść przed nimi. Furta klasztorna była już zamknięta. Młodzian oparł się o nią i natychmiast stanęła otworem. Św. Ojciec wszedł z dziećmi swemi młodzieniec znikł; był to bowiem Anioł Pański. Bracia śpiewali Jutrznię i wielkie było ich zdziwienie na widok wchodzących mimo zamkniętej furty. a był tam jeden nowicjusz, który postanowił o świcie Zakon opuścić. Św. Ojciec, z objawienia Bożego wiedząc o tem, zwrócił się doń ze słowy łagodnej zachęty, lecz i młodzieniec, nieczuły na Jego prośbę, zdejmuje habit. - "Synu! - woła św.Dominik - zaczekaj chwilkę!" I padłszy na kolana modli się gorąco.

Wówczas młodzieniec ów, tknięty łaską, rzuca się do stóp św. Ojca, błagając, by mu oddał habit i przyrzekając wierność Zakonowi. Nazajutrz św. Ojciec rzekł córkom swoim: "Wróg Boga chciał porwać jedną z owieczek Pańskich - lecz Pan wyrwał ją z jego ręki". Razu pewnego, podczas gdy św. Dominik miał konferencję dla Sióstr, w obecności kilku kardynałów, wśród których znajdował się kardynał Stefan Orsini, jak również Braci i kilku panów ze szlachty rzymskiej, człowiek jakiś wpada nagle do kapitularza wołając: "Siostrzeniec Kardynała Stefana zabił się, spadając z konia!" Kardynał Orsini, słysząc te słowa, pochyla się, omdlały, w ramiona św. Ojca. Ten kropi go wodą święconą i udając się natychmiast na miejsce, gdzie leżą zwłoki strasznie pokaleczone, każe je przenieść do osobnego pokoju. Następnie odprawia Przenajświetszą Ofiarę. Łzy płyną Mu obficie, a w chwili konsekracji, gdy podnosi w górę Ciało Pańskie, sam unosi się ponad ziemię w zachwyceniu. Po skończonej Mszy św. zbliża się do zmarłego, w otoczeniu kardynałów, Braci i licznego tłumu; dotyka łagodnie swą najczystszą ręką głowy i wszystkich członków straszliwie roztrzaskanych i układa je tak, jak być powinny. Potem, zwrócony ku zwłokom, z obliczem jaśniejącem, z ramiony wyciągniętemi ku niebu, poczyna się modlić; ciało Jego wznosi się wyżej niż na łokieć wysokości i tak zawieszony w powietrzu mocą Bożą, woła głośno: "Młody Napoleonie, powiadam ci w Imię Pana naszego Jezusa Chrystusa - wstań!" I powstał młodzieniec w całej pełni życia i zdrowia i rzekł swemu Wybawcy: "Ojcze, daj mi jeść!"

Św Dominik Patron - Święty Dominik - Zakon Dominikanów - Dominikanie

ROZDZIAŁ XV - MATKA NAJŚW. A ZAKON KAZNODZIEJSKI

Matka Najśw. otaczała kolebkę Zakonu Dominikańskiego najczulszą, macierzyńską opieką swoją. Darzyła go najmilszym swym uśmiechem. W pierwszych latach istnienia Zakonu, dominikanie nosili ubiór Kanoników Osmiańskich: suknię z białej wełny, pokrytą komżą lnianą, a na wszystkiem kapę czarną, wełnianą, z kapturem. Dziewica Przeczysta raczyła uroczyście objąć w posiadanie Zakon Kaznodziejski dając mu nowy habit.

W r. 1218 przybył do Rzymu, w pielgrzymce do grobu św. Piotra, mistrz Reginald, Dziekan Kapituły św. Aignan w Orleanie. Był to mąż sławny, uczony, profesor prawa kanonicznego, czystych obyczajów, pragnący poświęcić się całkowicie służbie Bożej, głosząc ludziom Ewangelję św.

Nowy Zakon Kaznodziejski był mu nieznany: Gdy zwierzył się z zamiaru swego jednemu z kardynałów, ten rzekł mu na to: "Właśnie powstał nowy Zakon w tym celu założony, a Założyciel jego tutaj przebywa". Ucieszony tą wieścią Reginald, udaje się do św. Dominika i postanawia iść za Nim, - lecz w kilka dni potem zachorowuje poważnie. Św. Dominik, pełen czułości, błaga ze łzami o jego zdrowie. I oto dnia pewnego, Reginald ma widzenie: Ukazuje mu się Królowa Niebios w towarzystwie dwóch dziewic i tak przemawia do chorego: "Proś mię o co chcesz, a danem ci będzie". Gdy Reginald zastanawiał się chwilę o co ma prosić, jedna z dziewic podszepnęla mu, aby zdał się zupełnie na wolę swej Matki Niebieskiej. Wówczas, ta Najsłodsza Matka, wyciągnąwszy ku niemu dziewicze swe ręce, namaściła mu oczy, uszy, nozdrza, usta, ręce i nogi, wymawiając stosowne słowa przy każdem namaszczeniu. Namaszczając nogi, rzekła: "Namaszczam nogi twoje na przygotowanie Ewangelji pokoju". - Namaszczając zaś krzyże: "Niech krzyże twe przepasane będą pasem czystości". Potem ukazując mu szkaplerz biały, dodała: "Oto habit Zakonu twego" i znikła mu z oczu, a Reginald uczuł się uzdrowionym.

Kiedy nazajutrz przyszedł doń św. Dominik, opowiedział Mu natychmiast widzenie swoje, a Mąż Boży pełen radości, że z rąk Marji otrzymał szatę wyróżniającą Zakon Jego, porzucił komżę, by zamiast niej nosić szkaplerz - "zrodzony na puszczy z poczucia skromności, opadający, jak zasłona, na serce ludzkie, szkaplerz stał się w tradycji chrześcijańskiej symbolem czystości, a co za tem idzie, szatą Marji, Królowej Dziewic.

"Kiedy więc Marja w osobie Reginalda opasywała Zakon pasem czystości i przygotowywała nogi jego na głoszenie Ewangelji, dawała mu zarazem w szkaplerzu znak zewnętrzny tej cnoty anielskiej, bez której niepodobna czuć i głosić rzeczy niebiańskich" (O. Lacordaire, Żywot św. Dominika).

Pewnej nocy Święty nasz Ojciec spędziwszy długi czas na modlitwie w kościele św. Sabiny, wszedł do sypialni Braci, a zatrzymawszy się na jednym jej końcu, na nowo począł się modlić. I oto spostrzega nagle, u drugiego końca sali, trzy niewiasty, z których jedna, będąca pośrodku, zdawała się najczcigodniejszą i najpiękniejszą ze wszystkich. Towarzyszki Jej niosły: jedna wspaniałe naczynie, druga zaś kropidło, które podawała swej Królowej. Ta ostatnia idąc środkiem sypialni, kropiła każdego z Braci, błogosławiąc go znakiem krzyża św. Jeden tylko został pominięty: nie otrzymał ani kropli wody święconej, ani błogosławieństwa. Św. Dominik zbliża się wówczas, a rzucając się do stóp Niewiasty błogosławiącej, mimo, iż poznał już, kim była, rzekł z pokorą: "O Pani, błagam Cię, powiedz słudze swemu, kim jesteś!" - W owym zaś czasie Bracia odmawiali co wieczór na klęczkach "Salve Regina". - "Jestem, odparła, tą Królową Miłosierdzia, którą wzywacie tak serdecznie co wieczór, a kiedy wymawiacie te słowa: tedy więc Orędowniczko nasza, ja padam na kolana przed Synem Moim, błagając Go o zachowanie Zakonu tego". Wtedy Dominik św. rozmawiając poufale z Matką Zbawiciela, zapytał: "Kim są te dziewice tak piękne, które Ci towarzyszą?" - "Są to, odparła, Katarzyna i Cecylja". A św. Dominik: "Czemu ominęłaś tego Brata, odwracając się odeń bez błogosławieństwa?" - "Gdyż ułożenie jego nie było odpowiednie", odrzekła Matka Najśw., a skończywszy obejście sypialni - znikła. Św. Dominik modlił się dalej, gdy nagle, wpadłszy w zachwycenie, ujrzał Chrystusa Pana siedzącego na tronie, a Matkę - Dziewicę po prawicy Jego, przyodzianą w płaszcz cudny, o barwie szafiru. Spoglądając wokoło, Dominik widzi zakonników przeróżnych, lecz ze swego Zakonu nie znajduje żadnego! Ze ściśniętem sercem, cały zarumieniony ze wstydu, poczyna więc gorzko płakać. W przerażeniu swojem nie śmie się zbliżyć ani do Pana Jezusa ani do Jego Najśw. Matki. Lecz Ona sama daje Mu znak, aby się przybliżył. Pada więc do Jej stóp cały zalany łzami. "Wstań", rzecze Mu Pan Jezus: "czemu płaczesz tak gorzko?" Św. Dominik na to: "Płaczę, gdyż widzę tu zakonników wszelkiej reguły - a z mojego Zakonu nikogo!" - "Chcesz zobaczyć Twój Zakon?" - zapytał Pan Jezus; św. Dominik cały drżący odrzekł: "Tak Panie!" - a Syn Boży kładąc rękę na ramieniu swej Matki, rzecze: "Powierzyłem Twój Zakon Matce Mojej: czy chcesz koniecznie Go widzieć?" - "Tak, Panie!", powtórzył Dominik. Wówczas Matka Najśw. roztworzyła swój płasz lazurowy, a rozciągając go przed oczami Świętego w taki sposób, że pokrywał nieskończony obszar niebiańskiej Ojczyzny, ukazała Mu w jego fałdach świetlanych mnóstwo niezliczone Jego dzieci, tulących się do Niej z miłością.

ROZDZIAŁ XVI - ZGON ŚW. DOMINIKA

Zakon Kaznodziejski jest założony: Niebo i ziemia pobłogosławiły kolebkę jego. Liczy już sześć lat wieku i dzieci jego objęły świat w posiadanie. Pierwsze jego Konstytucje ustanowione zostały przez Kapitułę Generalną 1220 r., najdawniejszą ze wszystkich, która miała miejsce w Bolonji pod przewodnictwem samego świętego Założyciela. Dominik wnet już umrze. W 1221 r., będąc jeszcze w Bolonji, miał On objawienie, że godzina nagrody bliska. Ukazał Mu się młodzieniec wielkiej piękności, mówiąc: "Pójdź, umiłowany, wejdź do prawdziwej radości".

Mąż Boży zrozumiał - i w rozmowie z przyjaciółmi rzekł: "Widzicie mnie obecnie w dobrem zdrowiu - a jednak jeszcze przed uroczystością Wniebowzięcia Matki Najśw, odejdę do Pana mego"... Z końcem lipca tegoż roku, po ukończeniu drugiej Kapituły Generalnej, wracając z Wenecji, dokąd jeździł odwiedzić swego przyjaciela Kardynała Ugolina (późniejszego Papieża Grzegorza IX), św. Dominik powrócił do Bolonji, zgnębiony całkiem trudami podróży. Mimo swych cierpień, rozmawiał długo z Przeorem konwentu i poszedł do chóru na Jutrznię, po której wyznał Przeorowi, że cierpi na gwałtowny ból głowy. Choroba czyniła dotąd szybkie postępy. Rozciągnięty na sienniku, gdyż stanowczo odmówił łóżka, Święty, trawiony gorączką, zachowywał spokój i wesele oblicza bez skargi ani najmniejszej oznaki niecierpliwości. Zwołał do siebie nowicjuszów i spoglądając na nich z czułością, zachęcał ich gorąco do ścisłego zachowania Konstytucyj Zakonu. Potem, wzywając dwunastu najstarszych Braci, odprawił głośno przed O. Venturą spowiedź z całego życia: "Dzieci moje - rzekł do zebranych - miłosierdzie Boże zachowało mnie aż do dnia dzisiejszego w dziewictwie nieskalanem. Ta bowiem cnota czyni sługę Bożego przyjemnym Chrystusowi Panu i daje mu wpływ i znaczenie u ludzi". Jako ubogi Chrystusowy, nie miał nic do pozostawienia swym synom: "Oto, Bracia i Synowie moi - rzekł im - oto, co Wam przekazują po sobie, jako spuściznę: miejcie miłość, zachowujcie pokorę, posiadajcie ubóstwo dobrowolne".

Biedni Bracia pogrążeni byli w smutku. Mając nadzieję wyratować Ojca swego zmianą powietrza, przenieśli Go do Santa - Maria - del - Monte, lecz po przybyciu tamże począł omdlewać. "Synu - rzekł do Przeora - nie daj tego Boże, abym był pochowany gdzieindziej, niż pod stopami Braci moich". I odniesiono Go spowrotem do klasztoru, drżąc, by w drodze nie umarł. Ponieważ nie miał własnej celi, złożono Go u Brata Monety, gdzie otrzymał ostatnie Olejem św. namaszczenie. Leżał na popiele, u wezgłowia Br. Rudolf ocierał pot spływający z Jego oblicza. Reszta Braci otaczała Go jęcząc i płacząc. Słodki Ojciec widząc to, pocieszał ich temi słowy: "Nie płaczcie synowie ukochani, śmierć moja niech was nie trwoży! Z miejsca, do którego idę, będę wam bardziej użytecznym, niż byłem tutaj". Jeden z Braci zapytał: "Ojcze, gdzie chcesz być pochowanym?" - Mąż Boży odrzekł: "Pod stopami Braci". "Ojcze - rzekł Przeor - pamiętaj o nas i wstawiaj się za nami do Pana", a Dominik już pogrążony w Bogu, wznosząc ręce zawołał: "Ojcze Święty, wiesz, że z radością pełniłem wolę Twoją, a tych, których mi dałeś, zachowałem. Polecam ci ich: zachowaj ich, strzeż ich... ja idę już do Ciebie, Ojcze Niebieski!"

Chwila ostatnia nadchodziła: "Zacznijcie polecenie duszy", rzekł Mąż Boży do Przeora i Bracia klęcząc wokoło konającego Ojca swego wzywać poczęli Aniołów i Świętych, których chwałę miał niebawem podzielić: - "Przybądźcie Święci Boży, pośpieszcie Aniołowie Pańscy... weźcie duszę Jego i zanieście przed Oblicze Najwyższego"... Na te słowa, z rękami wciąż wzniesionemi, jakby je wyciągał do Ojca swego, Dominik wydał ostatnie tchnienie. - Było to dnia 6-go sierpnia 1221 r. Liczył wówczas 51 lat wieku.

Po dwunastu latach, Grzegorz IX kanonizował uroczyście przyjaciela swego, Założyciela Zakonu, a chwała wielkiego Zakonodawcy, zwiększana nieustannie licznemi i nadzwyczajnemi cudami, rozszerzała się coraz bardziej. Święte szczątki Jego wyjęte ze skromnego grobu, gdzie pierwotnie były złożone, spoczywają odtąd we wspaniałym grobowcu z białego marmuru, który czystością i cudną harmonią kształtów, opiewa jasną niewinność i czułość serca Tego, na którego chwałę się wznosi.
www.Objawienia.com
Darmowe DVD, Artykuły i Książki
FREE DVDs & VIDEOS
WATCH & DOWNLOAD ALL OUR DVDs & VIDEOS FOR FREE!